
ROAD TO IRONMAN
Czy zwykły śmiertelnik może zrobić Ironmana? Powiem Wam za jakiś czas.
W zakładce BLOG wrzucam nową serię „MY ROAD TO IRONMAN”.
Nie będę Wam tutaj udawać specjalisty od triathlonu ani pro sportowca. Co najwyżej będę mogła, jako fizjoterapeutka, powiedzieć, jak radzić sobie z przeciążeniami w tych trzech dyscyplinach sportowych od strony rehabilitacji i treningu medycznego. Będę za to pokazywać moją drogę do zrobienia dystansu full IRONMAN, wzloty oraz zapewne bardzo dużo upadków, a także walkę fizyczną, psychiczną i logistyczną, która będzie się z tym wszystkim wiązać. Traktujcie to jako rozrywkową część mojego bloga, a nie naukową, ale treningi będą zajmowały mi bardzo dużo czasu, więc Ironman stanie się nieodłączną częścią mojego życia. A co za tym idzie, ciężko będzie o tym nie mówić na DDS.
Mój plan jest spokojny i oczywiście może się jeszcze bardzo zmienić, ale póki co: GREATMAN 2026 → CHALLENGE MOGÁN 2027 → IRONMAN 70.3 2027 → IRONMAN 2028 → IRONMAN LANZAROTE 2029. Cel? Przeżyć.
Obstawiam jednak, że full IRONMAN może mi się przesunąć w czasie o kilkaset lat, ale ja lubię mieć cel i wizję pracy, aby ten cel osiągnąć.
Startuję z poziomu zero, zero techniki, zero wydolności, zero wcześniejszego przygotowania, zero backgroundu endurance, nawet zero roweru. VO2 max na najgorszym poziomie, od kilkunastu lat brak treningów wytrzymałościowych, jedynie beztlenowy trening siłowy no i wszystkie inne rzeczy, które widzicie u mnie na DDS. Oczywiście były epizody, że wskoczyłam na rower lub na bieżnię przez ostatnie 15 lat, ale policzyłabym te wszystkie aktywności na palcach jednej ręki.
Wspólnie zobaczymy, czy uda mi się zbudować wytrzymałość, aby przepłynąć 3,8 km, przejechać 180 km na rowerze i przebiec maraton, wszystko oczywiście jednego dnia, jedno po drugim, i do tego zmieścić się w limicie 17 godzin.
Dlaczego w ogóle IRONMAN, bo często o to pytacie.
17 lat temu, codziennie biegając, chodząc regularnie na basen i jeżdżąc na rowerze, uznałam, że jestem tak beznadziejna w każdym z tych sportów, że chyba połączę je w całość i zrobię triathlon. Zaczęłam przygotowywać się do tego, ale niestety miałam kontuzję i bardzo popsułam kolano. Po operacji moja noga była w bardzo złej formie. Musiałam zrezygnować ze wszystkich „niekontrolowanych” sportów. Tenis, windsurfing, narty, wszystko poszło w odstawkę. Znalazłam sobie coś innego, trening siłowy, funkcjonalny, crossfit. Z wysiłków wytrzymałościowych przeszłam na krótkie, beztlenowe. Ja zawsze staram się szukać plusów każdej sytuacji, więc pośrednio, dzięki operacji kolana, powstał DDS… i jak tu nie być wdzięczną za rozwaloną nogę.
Od dziecka uprawiam sport, skończyłam AWF, więc po kontuzji chciałam się wciąż ruszać, bo jest to dla mnie naturalne i nie było opcji, że przestanę. I to, co robię teraz, jest zdecydowanie czymś, co kocham!
Jednak średnio raz na 2 lata wracały do mnie myśli, że szkoda, iż przez moje kolano już nigdy nie zrobię triathlonu. Niestety od operacji nie biegałam, bo wiąże się to z bólem, puchnięciem nogi i innymi „miłymi” rzeczami. Na rowerze też nie jeździłam, bo opcja podparcia się na lewej nodze może skończyć się szpitalem. Jestem jednak typem osoby, która woli żałować, że coś zrobiła, niż myśleć cały czas o tym, że czegoś się nie podjęła.
Jakiś czas temu, przeglądając Instagram, wyświetliła mi się rolka, na której było widać starszego mężczyznę z widoczną otyłością, który przekraczał metę IRONMAN 70.3. Pomyślałam wtedy: skoro on może, czemu ja nie mogę! Zawalczył o siebie!! Ja też chcę i, co najważniejsze, mogę! Dodatkowo ostatnio przebiegłam 2 razy 5 km na tętnie 180, poszłam 10 razy na basen, widziałam rower na ulicy, więc wiecie… uznałam, że jestem gotowa na IRONMANA. Jak to mówi Tony Stark: “Sometimes you gotta run before you can walk.” To chyba te 2 biegi w ZONE 5, na pace 10, uświadomiły mi, że mogę być człowiekiem z żelaza. W sumie w kolanie mam tytanowe elementy, więc jakaś baza już jest.
Dodam, że nie jestem posiadaczką roweru, nie przebiegnę 2 km bez zawału, a moja wizja bycia świetnym pływakiem po treningach basenowych legła w gruzach, ale nie chcę co kilka lat, do końca mojego życia, myśleć: „tak chciałam zrobić IRONMANA, ale przez moje kolano mi się to nie udało”.
Kupiłam rower, buty biegowe, miliard rzeczy, które okazały się niezbędne, w myśl zasady: czego nie dopłynę, dojadę, dobiegnę, to dowyglądam. A tak w ogóle to myślałam, że showjumping mojej córki to drogi sport… jak ja się myliłam. Ciężko trenuję w ZONE 2, próbując wytłumaczyć moim mięśniom, że teraz, w kryzysie wieku średniego, robimy endurance, a nie 150 kg na dupę w seriach.
W planach kilka startów, moje 2 główne cele mniej więcej za rok, docelowo Lanzarote, bo ja chyba jednak lubię wyzwania, a o Kona mogę zapomnieć. Mój pierwszy start na 70.3 to nie oficjalny Ironman, ale jest to jedna z bardziej wymagających połówek. Upał i rower, który jest podjazdowym hardcorem, chyba dlatego tak mnie do tego wyścigu ciągnie.
Na początku treningów okazało się, że moje drugie kolano jest zniszczone przez ratowanie operowanego, więc nie wiem, czy nie będę musiała położyć się kolejny raz na stole, ale póki co, jako pani fizjoterapeutka, próbuję się rehabilitować. Operacja tym razem mnie nie zatrzyma! Obiecałam to sobie! Plan jest. Chęci są, wydolności brak jak cholera, czasu jeszcze mniej. Podobno regularność sprawi, że będę biegać poniżej tętna zawałowego, więc to robię. Coldpacki, krem z arniki i roller stały się moimi przyjaciółmi. Kolana są niestety czymś, co mnie demotywuje, bo ja wiem, co w nich jest, i wiem, że to tematy dla ortopedy, a nie fizjo, ale dam radę. Jak nie teraz, to później!
Ćwiczę, oczywiście moje treningi i nagrywanie do KLUBU DDS są podstawą, ale mam teraz dodatkowo 3 treningi pływackie, 3 „biegowe”, bo głównie to chodzę, i tylko 2 na rowerze, póki muszę pedałować na siłce na bólodupnym Life Fitnessie. Dodatkowo treningi siłowe i rehabilitacyjne, bo po co mam się ograniczać. Kto by nie chciał ćwiczyć 16 godzin tygodniowo… a to dopiero początek.
Będę się dzielić z Wami moją drogą, póki co do IRONMAN 70.3, a później do IRONMAN. Czy się boję? Chyba najbardziej tego, że mówię teraz o tym oficjalnie. Reszta to regularność, ciężka praca i wsparcie osób, które są najbliższe.
Jedyna rzecz, która mnie martwi, to kolana podczas biegu. Reszta mnie nie przeraża. Może oprócz kwestii finansowych… i jeszcze pływania już na wyścigu, bo 2 kg penne w 1 litrze wody mało mnie przekonuje, ale naoglądam się TOP GUN: MAVERICK i jestem gotowa na dogfight.
Uważam, że fakt, iż marvelowski Ironman to mój ulubiony superhero, jest znakiem!!
Trzymaj, proszę, kciuki.
Najnowsze:
