
Mój początek z dietą ketogeniczną
Nigdy nie miałam większych problemów z wagą, ale prawda też jest taka, że od kiedy pamiętam, byłam na diecie. Dopiero pięć lat temu moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa i wtedy musiałam dużo bardziej się na nim skupić. Zaczęłam słuchać mojego organizmu dużo uważniej, sprawdzać, jakie jedzenie mi służy, a które niekoniecznie. Zaczęłam badać alergie i nietolerancje pokarmowe i krok po kroku budować swoją świadomość dotyczącą tego, co mogę jeść.
Dwa lata temu przeszłam na dietę eliminacyjną. Dała mi rewelacyjne efekty, ale była bardzo trudna i rygorystyczna. Nie byłam w stanie wytrzymać na niej dłużej. Dzięki niej jednak dowiedziałam się co mi służy, a czego muszę unikać. Od tamtego czasu mam wzloty i upadki. I tak naprawdę moją największą motywacją do tego, żeby coś zmienić, zawsze było złe samopoczucie, bóle stawów, brzucha. Wtedy podejmowałam decyzję, że to już jest ten moment, żeby nad sobą popracować.
Kto zna mnie dłużej, wie, że przeszłam naprawdę chyba wszystkie diety. Zaczęłam zwracać uwagę na to co jem jak miałam 14 lat. Często o tym mówiłam i na pewno słyszeliście też moje zdanie na temat diety keto. Powtarzałam, że kompletnie się z nią nie zgadzam, ale zawsze dodawałam jedno, że nie wykluczam, iż może przyjdzie taki moment, że jednak na tę dietę przejdę.
W wakacje przeczytałam książkę o cukrzycy i od niej zaczęłam coraz więcej czytać o węglowodanach, glukozie, insulinie. Naturalnie przeszłam do kolejnych pozycji, już stricte związanych z dietą ketogeniczną. Ten temat mnie tak zainteresował, że stwierdziłam, że muszę spróbować, mimo że jeszcze niedawno kompletnie nie miałam do tej diety przekonania.
Znając jednak siebie i wiedząc, że nie jest mi łatwo wytrzymać na restrykcyjnych dietach, stwierdziłam, że muszę znaleźć coś, co u mnie zadziała. Coś, co będzie łatwe, proste i przyjemne. Coś, co w kryzysowych momentach sprawi, że nie sięgnę po kromkę chleba, tylko będę mogła zjeść coś zgodnego z dietą, na której jestem.
Zaczęłam więc od szukania pieczywa w internecie. Byłam wtedy w Polsce i trafiłam na sklep keto w Warszawie. Pojechałam do niego i spędziłam tam spokojnie ponad godzinę, przeglądając wszystkie produkty: słodycze, pieczywa, makarony i różne inne rzeczy, które mogłyby mi ułatwić bycie na diecie keto. Zrobiłam naprawdę duże zakupy. Na szczęście miałam sporo miejsca w walizce, jak każdy Polak przyjeżdżający do kraju na wakacje. haha
Wróciłam do siebie w połowie września i zaczęłam wprowadzać delikatne zmiany. Później miałam jeszcze jeden wyjazd, przedłużony koncertowy weekend z moją siostrą w Madrycie. To absolutnie nie był wyjazd dietetyczny, bo Aperol czy paella nie wpisują się dobrze w zasady keto.
Po powrocie przeszłam już stricte na dietę ketogeniczną. I tutaj chcę zaznaczyć jedną bardzo ważną rzecz, bo to jest błąd, który widzę bardzo często. Bycie na diecie keto nie oznacza, że po prostu wyrzucamy węglowodany i już jesteśmy w ketozie. Tu trzeba wszystko bardzo dokładnie liczyć.
Zasady diety keto opisałam w osobnym artykule, więc serdecznie do niego zapraszam. U siebie zaczęłam od minimalnej ilości węglowodanów. Każdy posiłek ważyłam, wszystko liczyłam co do grama, korzystając z aplikacji do diety keto. Od razu kupiłam paski do badania moczu, żeby sprawdzać, czy wchodzę w stan ketozy.
Prawda jest taka, że dosyć szybko udało mi się w nią wejść. Pewnie dlatego, że moja dieta wcześniej nie była jakoś bardzo zła, a do tego regularnie stosuję fasting. Jem w dość krótkim oknie żywieniowym, bazuję na dwóch posiłkach dziennie, więc samo wejście w ketozę zajęło mi naprawdę kilka dni.
Sama dieta okazała się zaskakująco prosta. Co najważniejsze, kompletnie nie byłam na niej głodna. Połączyłam ją z redukcją, pamiętając, że na keto też trzeba liczyć kalorie. To nie jest tak, że możemy jeść, co chcemy. Jeżeli mamy nadwyżkę kaloryczną, a celem jest redukcja, to po prostu się nie uda.
Zwracałam też ogromną uwagę na to, co jem. Bardzo często widzę keto oparte głównie na mascarpone, serkach, smalcu, kiełbasach. U mnie keto połączyłam z dietą eliminacyjną. Nie ma glutenu, nie ma nabiału. Jajka wprowadziłam, ale ograniczam, bo w większych ilościach mój organizm źle na nie reaguje. Moje keto nazwałabym raczej taką śródziemnomorską wersją. Tłuszcze dostarczam z awokado, oliwy z oliwek, mleczka kokosowego, ryb i mięsa oraz oleju MCT.
Często łapię się też na tym, że ktoś mówi mi, że jest na keto, bo je produkty z napisem „keto”. Sama też sięgam po produkty keto czy keto słodycze, szczególnie przed okresem, kiedy mam taką ochotę na słodkie, że dosłownie mnie skręca. Ale wszystko zawsze wliczam w makro, bo keto to nie jest jedzenie bez limitu produktów keto. One też często mają węgle i bardzo łatwo, nawet z nimi wyjść z ketozy, jeśli się tylko przesadzi.
Pierwsze efekty zobaczyłam bardzo szybko. Zniknęły bóle stawów, spuchnięty brzuch, zaczęłam lepiej spać, miałam więcej energii i przestałam mieć napady głodu. Nawet przed okresem potrafiłam to kontrolować, co wcześniej było dla mnie niemożliwe. Nie miałam grypy ketonowej. Być może dlatego, że moje ciało jest przyzwyczajone do różnych diet.
Na przestrzeni tych 24 lat na dietach, nauczyłam się też jednej bardzo ważnej rzeczy. Moja dieta musi bazować na rzeczach, które ja naprawdę lubię jeść. Wcześniej zdarzało mi się stać godzinami w kuchni, bo coś znalazłam w książce i wydawało mi się fajne. Jadłam to później pięć sekund i jeszcze mi nie smakowało. Wiedziałam, że albo moja dieta będzie bazować na moich ulubionych daniach, albo to u mnie kompletnie nie zadziała.
Ja muszę jeść rzeczy, które dają mi satysfakcję. Dzięki którym jestem najedzona fizycznie i psychicznie. Zauważyłam, że teraz moja dieta bazuje na bardzo niewielu potrawach, ale to się u mnie sprawdza. W lodówce zawsze mam produkty, z których mogę szybko coś przygotować i nie muszę się zastanawiać, co zjem.
Mój pierwszy posiłek to albo pudding z mleczka kokosowego, chia, białka wegańskiego, kolagenu, z dodatkiem dżemu i granoli, wszystko w keto wersjach, albo jajka na boczku z papryką i kromka niskowęglowodanowego pieczywa. Obiady są bardziej różnorodne, ale można je spokojnie policzyć na palcach jednej ręki: makaron konjac i tutaj albo z sosem mięsnym, włoskim rogu lub w wersji chińskiej, polędwica wołowa z grilla z sałatą lub warzywami oraz moja wariacja fajitas. Jem warzywa dozwolone na keto i nie powodujące u mnie rewolucji i stanów zapalnych: ogórki, cukinia, fasolka szparagowa, brokuły, kalafior i czasami owoce jagodowe, wszystko odpowiednio licząc.
Póki co nie pozostawałam cały czas w ketozie. Wyjazdy, święta, przerwy. Pierogi, kopytka, draże korsarze i pierwsza od 14 lat zima w Polsce nie sprzyjały. Nauczyłam się za to, wracać do keto i teraz już na niej jestem na stałe. Zawsze zaczynam od 20 gramów węglowodanów i stopniowo je zwiększam, kontrolując ketony, bo możesz jeść ich nawet 50 g, wciąż pozostając w ketozie. A kto zna temat ten wie, że z tymi 20-30 gamami to można sobie życie na nowo ułożyć i zaszaleć i zjeść 10 malin zamiast 2.
Docelowo chcę być kilka miesięcy na keto, by osiągnąć docelową wagę, a potem połączyć ją z low carb i postem. W dni treningowe chcę spożywać, więcej węgli, oczywiście tych dobrych jak bataty, ziemniaki czy dołożyć do puddingu chia mango, które kocham. Wszystko po to, aby skupić się na zwiększaniu przekroju poprzecznego organów długowieczności czyli prosto mówiąc robieniu mięśni. Keto świetnie działa na redukcję tkanki tłuszczowej, ale budowanie masy mięśniowej jest na niej trudniejsze.
Warto pamiętać, że keto to nie tylko ograniczenie węglowodanów, ale też odpowiednia ilość tłuszczu i białka. Za dużo białka może nas wyrzucić z ketozy, za mało tłuszczu może nas w ten stan nie wprowadzić, dlatego powtarzam, trzeba liczyć, zwłaszcza na początku. Ja teraz już nie liczę każdego dnia, bo jedząc maksymalnie 10 typów posiłków i kontrolując czy jestem w ketozie nie potrzebuję, ale nie wyobrażam sobie tego nie robić na początku. Aktualnie sprawdzam tylko w dni, w które mało trenuję i dużo siedzę przy komputerze, ale to głównie po to, aby nie wyjść z redukcji. Co do samego sposobu kontroli obecności ketonów, można to robić badając krew lub mocz. Do mnie przemówiła metoda pasków do badania moczu, szybko, łatwo i tanio, ale na pewno dokładniej jest z krwi.
Czy dieta keto jest dla wszystkich? Zdecydowanie nie. Każdy musi znaleźć swoją drogę. Najważniejsze jest słuchanie własnego ciała i danie sobie czasu. Nie dwa dni, nie tydzień, tylko realny okres, który pozwala ocenić, czy coś nam służy. Slyszałam już: „Wyrzuciłam gluten na 2 dni, nie zadziałało.”, a potrzeba 6 tygodni, aby ciało mogło się oczyścić. 2 tygodnie na diecie keto to za mało. Zazwyczaj te pierwsze dni są właśnie najgorsze, bóle głowy, złe samopoczucie, brak energii i to nie wina diety, a po prostu adaptacji organizmu. Ja pamiętam jak 2 lata temu cierpiałam na początku na diecie eliminacyjnej. Na szczęście nie zrezygnowałam, bo świadoma tego, że to norma. Trzeba to po prostu przetrwać wspomagając się np. elektrolitami.
Ja póki co świetnie czuję się na keto, ale to nie jest też jedynie dieta ketogeniczna. To połączenie doświadczeń, obserwacji i lat uczenia się własnego organizmu. Fasting i nie jedzenie na noc, eliminowanie produktów, które mi szkodzą, bazowanie na moim „comfort food”, redukcja, dużo wody, regularna suplementacja i ruch. Muszę tylko jeszcze popracować nad spaniem, bo regeneracja to podstawa. Ale efekty są, bo 2 tygodnie połączenia tych wszystkich rzeczy dało 5 kg mniej na wadze. Zobaczymy co będzie za 3 miesiące.

Sandra Mikulska – fizjoterapeutka i specjalistka od treningu medycznego, pasjonatka holistycznego podejścia do ciała i ruchu. Wspiera w budowaniu zdrowia, dobrego samopoczucia fizycznego i psychicznego oraz utrzymaniu sprawności na każdym etapie życia.
Najnowsze:
